piątek, 28 sierpnia 2015

Rozdział 10 ,,Zatem zacznijmy od nowa"


https://33.media.tumblr.com/4ffe2a337f9feb820a63dd96f49e7dc6/tumblr_nca1h4LbIy1ta61p9o2_500.gif

* * I can't control myself, Don't know who I've been
And who is this monster wearing my skin?
* *

Oczami Myrty...
      Moja świadomość powoli powracała. Wciąż jednak czułam kłucie w czaszce i ból przy każdym najmniejszym ruchu. Nie otwierałam oczu. Wszystkie głosy zlewały się w jeden i dochodziły jakby z innego świata. Nie chciałam ich słuchać. Chciałam wrócić do snu, znów zasnąć i nic nie czuć. Miałam piękny sen. Byłam w lesie i spacerowałam, ciesząc się życiem. Zbierałam stokrotki i plotłam wianek.
      Wszystkie odgłosy zaczęły brzmieć normalnie, ale sen wciąż miał mnie w ramionach. Drzwi otworzyły się, ale ja nie raczyłam otwierać oczu. Ktoś wszedł do środka. Zaraz, co ja tu robię...? A tam, dajcie mi spać. Pytania później.
 - Tylko najbliżsi - rzekł jakiś głos.
 - Ile? - zapytał drugi głos, który raczej należał do dziewczyny.
 - Trzy. Maksymalnie trzy. - ktoś coś burknął, na co mężczyzna rzekł tylko: - Nie wpuszczę was wszystkich. Nie ma wycieczek! Dopiero się obudziła.
       Usłyszałam cichnące kroki. Wtedy otworzyłam oczy. Nade mną stały trzy osoby. Lekarz siedział z tyłu na krześle i pisał coś w karcie pacjenta. Sala była biała a kafelki na podłodze i do połowy ścian były w tym charakterystycznym odcieniu zieleni. Za oknem świeciło słońce, mogło być południe. Spojrzałam na zegar. Nie myliłam się, pierwsza. A to miejsce to szpital. Co mi się stało? Spojrzałam po twarzach tej trójki. Dwie dziewczyny i chłopak.  Obie miały brązowe włosy i oczy. Tylko ta stojąca bliżej drzwi była nieco wyższa. To ,,nieco" równa się może dwóm centymetrom. Żadna nie przerosła metra sześćdziesiąt pięć* On z kolei miał hipnotyzujące lazurowe oczy i blond włosy.
 - Jak się czujesz, Myrto? - zapytała ta niższa.
      Ona mówi do mnie? Spojrzałam na nią z zaciekawieniem. Teraz zaczęłam się zastanawiać, jak ja w ogóle się nazywam...
    A oni?
 - Kim jesteście? - zapytałam. - Co tu robię? Jak się nazywam?
     Tej, co mówiła zaszkliły się oczy.
 - Nie pamiętasz nic? Nawet nas? - wskazała na pozostałych.
       Na chwilę zapada cisza. Zastanawiałam się. Nie. Nie wiem. Pokręciłam głową. Nie wiem, kim są. Nie wiem, kim jestem ja, ani kim byłam. Chcę wiedzieć, ale... Kompletnie nic nie wiem. Czuję się taka bezsilna. wiedzą o mnie więcej, niż ja sama wiem. Wszystkie moje wspominania wyparowały. Odeszły ode mnie jak oderwane płatki kwiatów. A jednak jakaś część mnie się z tego cieszyła. Gdybym tylko wiedziała, dlaczego?  Zaczęłam szybciej oddychać.
 - Co ja robię w szpitalu? - zapytałam ich wszystkich na raz.
 - Miałaś wypadek. Uderzył w ciebie samochód. Miałaś lekki wstrząs mózgu - wyjaśnił blondyn łamiącym głosem. - Uprzedzano nas, że mogłaś stracić pamięć, ale... - nie poznałam ,,ale",  za to poznałam jego imię. Ja nazywam się Luke i jestem...
 - Wiesz, nie wiem, czy to najlepszy moment - powiedziała wyższa brunetka, po czym zwróciła się do mnie: - Ja jestem Alex.
 - A ja Lu - załkała druga. - Ty masz na imię Myrtayleen. Twoja mama już leci - wyjaśniła smutno. - Wrócisz do Burgess i...
    Gdyby tylko ta nazwa cokolwiek mi mówiła.
 - Koniec wizyty - zarządził lekarz, patrząc na zegarek.
       Cała trójka patrzyła na mnie z bólem w oczach. A ja nie wiedziałam, czemu. Chciałabym rozumieć ich smutek, ale naprawdę nie potrafiłam. Kim dla mnie byli? Co nas łączyło? Nic nie pamiętam. Zatem zacznijmy od nowa. Nazywam się Myrtayleen. Tyle o sobie wiem. Kim jestem? To muszę dopiero odkryć. Tymczasem jednak, chcę zacząć życie z czystym kontem.

~~ו*•×~~
        Kobieta, która jest, jak mi powiedziano, moją mamą, przyjechała niecałe dwie godziny później. W zasadzie była podobna do mnie. Tyle tylko, że ona miała włosy o barwie kasztanowej, ale najprawdopodobniej były farbowane. Dali mi wypis i zalecili od razu po podróży zgłosić się u lekarza w Burgess, który już został powiadomiony o tym. Kiedy wychodziłam z sali w towarzystwie mojej mamy, przed drzwiami czekało ponad dziesięć osób. Trzy brązowowłose, jedna czarnowłosa, dwie rude... a nie, jedna ma truskawkowy blond i kręcone włosy, dwóch blondynów, z czego jeden ma kręcone włosy, zielonowłosy, bliźniacy, chłopak podobny do Azjaty, jakiś lokowaty, młodszy chłopak o brązowych włosach i to chyba wszyscy. Być może kogoś pominęłam, ale było ich tam naprawdę dużo. Każdy trzymał jakąś kopertę. ,,Otwórz w domu" powiedział chłopak o czarnych włosach i śniadej karnacji, jeden z bliźniaków. Zebrałam koperty, na których chyba pisały imiona. Nie wiem, nie umiałam się skupić. Ci wszyscy ludzie to moja przeszłość. Moje życie. Ja... niczego nie pamiętam, ale to chyba wiecie. Chłopak o zielonych włosach podniósł na mnie wzrok i poklepał blondyna który był u mnie wcześniej po ramieniu.Wszystkie dziewczyny tuliły tą niższą brązowowłosą. Wyglądało to tak smutno, że niemal się rozpłakałam. Wszystkie twarze wyrażały zmartwienie, ból, smutek i współczucie.
      Wyszłam ze szpitala w podłym humorze. Swoją niepamięcią raniłam tyle osób. Jaka byłam? Czy coś się we mnie zmieniło?
      Podroż samolotem przespałam. Obudzono mnie, bym weszła do samochodu, a potem znowu spałam. Badania u lekarza pamiętam jak przez mgłę. W końcu ujrzałam dom. Znaczy, mama powiedziała mi, że to dom. Wysiadłam z samochodu i poczułam zimno. Właściwie, dopiero zauważyłam, że tu pada śnieg. Nie, jak w Sydney.
 https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjF8huu2DQiQd5K9LKpQgN0g5h7T8w8xLGIiL9h-rqCqD_4_ytGXozmC_dnjqCxzoGwyA1nt-ORqS357W5IA7Z0Q4xMebYvpRyWhYwCIrCQV8bXxPofD5F5CzZQERV17DkQUUK8-lb44p8/s1600/2.png
     Spojrzałam na budynek. Był obity deskami pomalowanymi na niebiesko. Schody prowadzące na werandę były białe, podobnie z resztą jak kolumny i ramy okien. Ogólnie - były białe wstawki. Weszłam do wnętrza przez przedpokój obity białą boazerią. Na ścianach wisiało dużo zdjęć. Moich, tej niższej, mojej mamy i jeszcze innych ludzi. Niektórych widziałam w szpitalu, innych nie. Prowadzona krętymi schodami w górę dotarłam do kwadratowego przedpokoju z trzema parami drzwi. Uchyliłam jedno skrzydło dwuskrzydłowych jasnobrązowych drzwi, na których gotyckimi literami w poprzek pisało: Myrta.
      Z moich obliczeń i posiadania dwóch, wąziutkich okien uznałam, że to pokój tuż nad drzwiami wejściowymi i nie myliłam się. Był nieduży, w barwach czerwonych i białych. Miałam dwuosobowe łóżko, które stało w lewym rogu pokoju, wezgłowiem w stronę okna. Pościel była biała, w róże. Tuż obok łóżka stało białe biurko, którego deskę od strony łóżka najwyraźniej ja popisałam cytatami z piosenek i okleiłam plakatami. Położyłam na nim koperty.
     Po za tym, w pokoju była półka na książki, która pięła się zygzakiem aż do samego sufitu. Była biała, w czerwone kropki. Po chwili zorientowałam się, że ktoś, zapewne ja, malował je. Po prawej stronie była wbudowana przesuwna szafa z wizerunkiem Marylin Monroe. To w zasadzie tyle. Pokój miał może dwa i pól na trzy metry. Wyjrzałam przez jedno z okien. Usiadłam w swoim czerwonym fotelu od biurka i otworzyłam pierwsza lepsza szufladę. Wyjęłam jakąś gazetkę. Na okładce był cały zespół One Direction. Przejechałam opuszkami palców po twarzach chłopaków. Pisało tam, że Zayn Malik odchodzi. Gazeta była z 2015 roku. Czemu wciąż ją trzymam? Ską miałabym to wiedzieć...
      Zabawne, pomyślałam. Nazwy filmów, gwiazd i zespołów, czy ich piosenki pamiętam, a nie pamiętam własnego życia. W dodatku, nie wiem już, czy należałam do fanek, czy do antyfanek zespołu. A może totalnie ich olewałam? Nie mam bladego pojęcia. Westchnęłam i rzuciłam się na łóżko.
 - Nawet Harry Styles śpiewający pod moim oknem nie poprawi mi nastroju - powiedziałam do siebie.
     Wzięłam pierwszą z brzegu kopertę, która okazała się być od Fay. Otworzyłam ją. Widniało tam jej zdjęcie, a poniżej był list. Niezbyt długi, ale nie chciało mi się teraz niczego czytać.
    Nagle ogarnęła mnie złość. Ja muszę wiedzieć, co się działo. Otwierałam po kolei szuflady i wyciągałam z nich rzeczy. W końcu natrafiłam na jakąś czerwoną obitą puszystym materiałem książkę. Nie, to... to chyba pamiętnik.
 - Więc prowadziłam pamiętnik? - zapytałam samą siebie, otwierając pierwszą lepszą stronę.

3 września 2014 roku
      Tego dnia Lulette poznała miłość swojego życia. Rzecz jasna, jak zwykle nasz kochany tchórz boi się z nim w ogóle porozmawiać. Jak się nazywa? William Peter Canterville. Jest od nas o rok starszy. Przyznaję, że też bardzo przystojny. Musiał coś zaliczyć na francuski i wtedy moja przyjaciółka zobaczyła go i obdarzyła miłością od pierwszego wejrzenia. Haha, ja sprawię, że jeszcze będą razem! Uda mi się i biorę to za swój punkt docelowy!
      Przewertowałam paręnaście stron wcześniej. Pełno błędów ortograficznych i przekreślonych wyrazów oraz kleksów. Wtedy jeszcze pisałam piórem. Był tam też rysunek przedstawiający kota. 
2 lipca 2011

     Dzisiaj odbył się pogrzeb Bastet. Została zakopana pod wiśnią w ogrodzie Hemmingsów. Luke ponoć nie chce następnego kota, by był zbyt przywiązany do niej. Steve płakał, Luke też. Przynajmniej tak mówi Lu. Mnie tam nie było. Nie lubię Luke'a, ale mimo to zrobiło mi się go szkoda. Aj, Myrta! Co się z tobą dzieje? Chyba nie zaczynasz wymiękać! Jeszcze trochę i stwierdzisz, że się w nim zakochałaś. Dochodzi północ, więc nie mogę pisać. Mama się czepia, ze stracę wzrok, jak będę pisała przy lampce. Wypadałoby jej posłuchać.

   Odłożyłam pamiętnik z powrotem na biurko. Położyłam się na łóżku, kładąc stopy u wezgłowia. Zmęczona całym dniem postanowiłam odkrywać swoją przeszłość jutro i położyłam się w ubraniu na łóżku. Mój wysiłek psychiczny zmęczył mnie do tego stopnia, że pozwolił mi zasnąć niemal od razu. śniłam snem bez marzeń. A może i miałam jakiś sen, tylko zwyczajnie go nie pamiętam? Jak całej mojej przeszłości?


*Chrissy Costanza (tj. nasza Alex), wedle wielu źródeł ma 155, a pierwotna wersja Lu, to jest - Victoria Justice - 166.  Ale tu Alex jest o dwa i pół centymetra wyższa (164). W rozdziale 13 w CF napisałam, że młodsza Frost ma metr sześćdziesiąt, ale chyba ma prawo urosnąć półtora centymetra ;)
~~~~~~~~~~~~~~
Gdybym ja tylko wiedziała, jak zachowuje się człowiek z amnezją, to by było super. Nieszczególnie mi wyszedł :/
Olu, dziękuję za odezwanie się :) Odzywaj się częściej :P
 Dziewczyna na górze rozdziału to Sabrina Carpenter, która w zasadzie w 99,(9)% odpowiada mojemu wyobrażeniu Myrtuni, ale z racji, że zauważyłam to zbyt późno i żeby Lu nie była samotna, nie wstawię gifa do zakładki bohaterowie.
Mam nadzieję, że rozdział się podobał i owszem, można mnie ,,hejtować", jak ze dwie, trzy osoby z grona moich znajomych :P. Nie martwcie się, Myrta się jeszcze pojawi na bank w epilogu, a może i wcześniej. Rozważam nawet napisanie po Drugiej Córce Jacka Frosta, Córki Wielkanocnego Zająca :) Tylko nie wiem, czy chciałoby wam się to czytać. Wstawiłam rozdział dzisiaj, bo jutro mogę nie mieć, kiedy.
No, to tyle, wiec do za cztery dni :)
Lusia

wtorek, 25 sierpnia 2015

Rozdział 9 ,,Sen trzeci"

,, To Sektor Drugi, a ta rzeka nosi nazwę As-Missisipi"

* * I wish that I could wake up with amnesia * *

Narrator ogólny
     Śpiew ptaków, szum wody. Jakieś leśne odgłosy. Idealna kołysanka. Komu chciałoby się wstawać? Nie. Wróć. Alex musiała wstać. Przecież jakby nie wstała, tylko zasnęła, obudziłaby się w swoim łóżku w środku nocy. A tego nie chciała. Jakiś ptak przeleciał jej nad głową. Okay, okay, już wstaję! Kiedy tylko uchyliła zaspane powieki, słońce ją oślepiło. Podniosła się z trawy otrzepując jej źdźbła ze swojego ubrania. Jego już nie było. Zerwała się, wystraszona, że zostawił ją na pastwę losu. Nie. Odetchnęła z ulgą. Łódź była zacumowana, a przy ognisku leżała fajka.
 - Czyli mnie nie zostawił - w momencie, w którym wypowiedziała te słowa, wyłonił się z lasu za jej plecami.
 - Czasami to bym chciał - odrzekł, dając znać o swojej obecności.
     Alex uniosła dumnie głowę. Callado podszedł do łodzi, łapiąc w locie swoją fajkę. Alex ruszyła w tym samym kierunku i zajęła swoje miejsce. Usiadł i zaczął wiosłować. Był jakiś dziwny. Uniosła pytajaco brwi. Spostrzegł to, ale nie kwapił się z szybką odpowiedzią. Zmarszczyła brwi i ten cień wesołości chyba dał o sobie znać, bo odpowiedział:
 - Przy dobrych wiatrach będziemy w porcie już za dwie godziny - powiadomił, a w jego ponurym głosie dało się słyszeć nutkę radości.
 - A to dlatego jesteś taki wesoły - wyszczerzyła się, a potem dodała, wciąż z uśmiechem, ale już nie szczerym: - Wreszcie się mnie pozbędziesz.
 - Niekoniecznie - odburknął.
        Uniosła ręce w geście poddania. Jedna z niewielu normalnych rozmów właśnie dobiegła końca. Każda JEGO lakoniczna odpowiedź je kończyła.
        Podróż mijała nadzwyczaj szybko. Alex przyglądała się niebu, na którym nie było ani jednej chmurki. Wiatr wiał jej w plecy, pchając łódź dodatkowo do przodu. Zobaczyła jakiegoś węża wodnego, który czmychnął jak najdalej od nich. Uniosła głowę do góry. Dwa jastrzębie leciały właśnie tuż nad nimi. Zobaczyła uciekającą sarnę, czy wiewiórę obserwującą ze swojej bezpiecznej dziupli ich dwoje. Mijała naprawdę ładne miejsce. Wychyliła się lekko z łodzi i wyciągnęła rękę, by dotknąć wody. Wszystko dookoła było ciche i spokojne. Włącznie z NIM. Zaczęła zastanawiać się nad słowem ,,niekoniecznie". To znaczy, że co? Że być może czeka mnie dłuższa podróż z Callado? Moja psychika tego nie wytrzyma! 
          Po, jak mówił, dwóch godzinach koryto rzeki zaczęło się powiększać. Chwilę potem był niewielki wodospad. Spłynęli po nim do szerokiego na mniej więcej kilometr głębokiego zalewu (bardziej podobnego do jeziora przepływowego), a wtedy na horyzoncie ukazały się wspaniałe okręty, przeróżne łodzie i tratwy. Było ich niezliczenie wiele. Alex poddała się na sto trzeciej łodzi. Potem pojawił się ogromny port. Ludzie przy pomostach ciężko pracowali, ciągnąc ku lądzie ogromne galeony czy brygi* z pomocą lin. Alex z zachwytem przyglądała się temu wszystkiemu. Przy pięknych i wielkich statkach ich łódeczka wydawała się śmiesznie mała. Alex dostrzegła na wyciętym skraju lasu po swojej lewej tawernę**. Kręciło się tam wielu ludzi. Otaczał ją gwar. Z racji pływających tu tak ogromnych statków, domyśliła się iż niedaleko rzeka, której nazwy nie znała, ma swe ujście do morza.
          Callado zawinął do brzegu przy jednym z mniejszych pomostów i zacumował łódź. Złapał ją za rękę, na wypadek, gdyby zechciała się zgubić. Przepychali się między tłumami handlarzy i marynarzy. W porcie nie urzędowali sami mężczyźni; były tancerki, flecistki, cyganki, skąpo ubrane panny i wiele, wiele innych. Dostrzegła nawet grajków oraz człowieka z ubraną w fioletowy turban kapucynką, która robiła sztuczki. Wszyscy mówili w jakimś niezrozumiałym dla niej języku. Co ciekawe, wiele osób klepało Callado po ramionach i witało, rzecz jasna w tym dziwnym języku. Z nich wszystkich odpowiedział tylko dwóm. Potem jeszcze zagadał się z jakimś kupcem, posługując się jego językiem i wskazał na ich łódź. Jak się domyśliła, targował się, a potem sprzedał jakich dotychczasowy środek transportu, a pieniądze (na których widniało skrzyżowanie liter A i V) wepchnął do sakiewki.
          Tuż przy samych statkach słyszała mieszaninę języków. Jej ojczysty angielski, hiszpański, francuski, włoski, polski, rosyjski a nawet japoński. No i ten tutejszy język. Chłopak zatrzymał się pod wielkim galeonem. Wyglądał na piracki okręt. Na bakburcie (lewej burcie) ozdobną kursywą widniał złoty napis Caravia. Miał cztery maszty i wyglądał na ociężały statek, jednak Alex nie znała jeszcze możliwości sennego cudeńka. Uzbrojony był w osiemdziesiąt dział. Okręt był nieco podobny do repliki holenderskiej Batavii. Po pokładzie kręciło się sporo osób. Głównie mężczyźni. Właściwie, wypatrzyła tylko jedną. O krótkich, rudych włosach przewiązanych czarną bandanką powiewająca na wietrze. Stała jednak w ptasim gnieździe, więc nie widziała jej zbyt dokładnie ani nie mogła określić jej wieku.
      Na bakburcie pojawiła się druga dziewczyna. Miała może czternaście, piętnaście lat. Była ciemnowłosa i całkiem ładna. Po bardziej obfitej stronie przedziałka miała dwie dredy, pomiędzy którymi spadał warkoczyk z czerwoną wstążką. Ubrana była w strój godny kapitana. Zobaczyła ich i od razu zaczęła machać. Callado odmachał jej, co Alex przyjęła z zaskoczeniem. Może to jego dziewczyna? Ale wyglada na zbyt młodą... Zresztą, kto go tam wie. To bardzo możliwe. Chociaż... kto by z nim wytrzymał? Ja na pewno nie.
     Statek dziewczyny właśnie ściągano do portu. Chwilę to trwało, jednak kiedy tylko otrzymała możliwość zejścia na ląd, pobiegła do nich, nie zwracając uwagi na mijanych ludzi. Prawdę mówiąc, wielu z nich przewróciła. Nie kwapiła się ich nawet przeprosić.
 - Jake! - krzyknęła i rzuciła się chłopakowi na szyję.
      Alex przypatrywała się temu z zaintrygowaniem. W dodatku... Jake? Więc tak ma na imię. Odwzajemnił uścisk. Musiał darzyć ją co najmniej szczerą przyjaźnią. W końcu ciemnowłosa puściła go i zmierzyła wzrokiem Alex. Była tego samego wzrostu, co ona. Wskazała im miejsce wolne od ludzi. Podeszli tam. Stali w cieniu szkunera o nazwie Willendorfia.
 - Jak cię zwą? - zapytała ciemnowłosa, szczerząc się.
 - Alex - odpowiedziała i rzuciła Jake'owi przelotne spojrzenie.
 - Wcześniej mówiłaś, że Rose - warknął, obrzucając ją podejrzliwym spojrzeniem.
 - Ty się wcale nie przedstawiłeś - odparła z wyrzutem, zapasając ręce.
 - Okay - przerwała ciemnowłosa. - Ty to Alex, on to Jake, a ja to Zoey - przedstawiła. - No i jestem Czwórka - dodała, unosząc lewy nadgarstek wewnętrzną stroną.
 - Ja Dziewiątka - brunetka zrobiła to samo.
         Zoey uśmiechnęła się a potem zaczęła wracać na statek, nakazując im ruchem głowy, by poszli za nią.
 - Dokąd płyniemy? - zapytał Jake, równając kroku z piratką. - I ile zostajemy w porcie?
 - Na dwa, może trzy sny. Aktualnie do Sektora Trzeciego - odpowiedziała.
 - A ten to który? - wtrąciła Alex.
     Zoey zatrzymała się. Otworzyła szerzej oczy.
 - Czyli Jakey*** nic ci nie wyjaśnił? - Alex pokręciła głową. Piratka westchnęła i spojrzała wrogo w stronę chłopaka po czym ruszyła na statek, a reszta za nią. - To Sektor Drugi, a ta rzeka nosi nazwę As-Missisipi. W kolejnym śnie powiem Arabeth, żeby ci wyjaśniła, o co biega, a potem pokażę ci kroniki.
        Załoga była całkiem spora. Liczyła może czterdzieści parę osób. Wszyscy byli względnie czyści. Zoey właśnie mijała jakiegoś puszystego kolesia po pięćdziesiątce pijącego... żłopiącego rum. Kopnęła go sprawiając, że butelka wyleciała mu za burtę. Nachyliła się nad nim z wrogim wyrazem twarzy.
 - Nie toleruję rumu na moim statku, Crack - wycedziła. - Jeszcze raz przyłapię cię na sączeniu tego śmierdzącego trunku, a wylecisz z mojego statku i osobiście dopilnuję, byś z powrotem trafił do żony. A! Niech jeszcze się dowie, gdzie się szlajasz, kiedy cumujemy - zagroziła, po czym znów ruszyła pewnym krokiem do swojej kajuty w nadbudówce.
 - Ostro - mrugnęła pod nosem Alex.
     Usłyszał ją jakiś mężczyzna w średnim wieku, który mógłby być jej ojcem. Odwróciła się. Miał ciemną skórę i był ogolony na łyso. Jego ciało pokrywała masa blizn, ale uśmiechał się przyjaźnie. W ogóle, miał łagodne rysy.
 - To nie wszystko, co potrafi - powiedział, zarzucając beczkę na ramię. Zauważywszy jej zaciekawienie, mrugnął okiem i zjechał po linie na stały ląd.
      Podążyła za nim wzrokiem. Przepłynął na tratwie na drugi brzeg i poszedł do karczmy. Ona natomiast podbiegła do Jake'a i Zoey, którzy właśnie wchodzili do nadbudówki.
      Było to pomieszczenie średniej wielkości, którego ściany doszczętnie zakryły mapy. Alex nie dowiedziała się zatem, jaki kolor mają. Podłogę zakrywały ciemne deski. Po obu stronach owalnego stołu stały regały z tego samego drewna, co podłoga. Było na nich mnóstwo książek. Pomieszczenie oświetlało okno z wykuszem na sterburtę. Zoey usiadła w ogromnym fotelu o czerwonym obiciu. Jake oparł się o podłokietnik.
 - Alex, będziesz płynąć albo z nami - oznajmiła Zoey - albo z innymi podróżnikami. Pozostali jeszcze nie przypłynęli.
 - Jesteś pewna? Tu jest masa statków - zauważyła Hataway.
 - Godziny szczytu - Jake przewrócił oczami.
 - Za kilka godzin zrobi się tu zupełnie luźno - oznajmiła kapitan - a jutro z rana będą tu jedynie trzy statki. Mój, Xaviera i tak zwany ,,Bezpański".
 - Będziesz musiała wybrać, z kim chcesz płynąć - dodał Jake. - Nasz to Szukający.
 - Tylko przez ciebie - mruknęła Zoey, zakrywając usta ręką, za co została spiorunowana wzrokiem. - Quello jest Przewodnikiem, natomiast Salain Obrońcą - powiedziała, wskazując na dwa wykonane z imponująca dokładnością obrazy przedstawiające trzy statki. Galeon Zoey, bryg Quello oraz fregatę o nazwie Salain.

~~ו*•×~~
     Piratka miała rację. Godziny szczytu minęły w momencie, w którym zaczął nastawać wieczór. Ona, Jake i Alex siedzieli w tawernie. Pierwsza dwójka zaciągała się fajkami. Zoey powiedziała, że pali okazyjnie i tylko w snach. Alex nie chciała, bo i tak większosc dymu szła w jej kierunku.
     Na szyldzie widniała gęś i wyblakły napis ,,Portowa". Stały tam długie stoły, niemalże wchodzące na siebie. Oni wybrali jeden z mniejszych stołów w kącie. Jake zamówił wino dla wszystkich, a Zoey wytłumaczyła, że inaczej nie mogliby tu siedzieć. Kiedy Alex spytała o powód, dziewczyna zacytowała pewnego oberżystę z sektora Czwartego o imieniu Charlie:
 - Nie kupujesz - wylatujesz. 
    Było ciasno i czuć było zapach piwa, wina i rumu. Oraz tytoniu. Tawerna z wyglądu bardziej przypominała gospodę. Nie była zadbana i po podłodze łaziły mrówki, a na ścianach wsiały pajęczyny i pająki. Alex była spięta i stale miała wrażenie, że coś po niej łazi. Liczyła, że dostanie wino w kieliszku, a tymczasem dostała w jakimś kuflu. Brudnym w dodatku. Zoey powoli sączyła czerwony płyn, Jake natomiast tylko mieszał zawartość końcem fajki. Alex odsunęła od siebie napój i splotła ręce na stole. Spojrzała na zegar wiszący nad ladą. Siódma. Westchnęła.
       W tej samej chwili drzwi tawerny otworzyły się z hukiem. Wszystkie oczy skierowały się w stronę drzwi. Iście filmowe wejście, pomyślała. Do środka wszedł przystojny chłopak o ciemnoblond włosach i niebieskich oczach. Wyglądał na takiego, który poza snami jeździłby na motocyklach albo jakimś drogim samochodem i nosił skórzane kurtki.
 - Xavier - skrzywił się Jake.
 - Oto twoje albo - wyjaśniła z niesmakiem Zoey i upiła kolejny łyk czerwonego płynu.

 ~~ו*•×~~
     Na dworze zrobiło się zimno. Całą trójką wracali na statek. Fakt, w porcie stały tylko dwa statki - Caravia i Quello. Wyszli z ,,Portowej" chwilę po tym, jak wszedł Xavier. Nie widział ich nawet. Od razu siadł do stołu hazardzistów i postawił na stół całą sakiewkę złota.
      Podróż tratwą, której przewoźnik to zgrzybiały staruszek minęła w zupełnej ciszy. Z oddali dobiegało wycie. Alex pomyślała, że pewnie wilki, ale zaraz stwierdziła, że być może nie tylko.Wchodząc po kładce zauważyli pod lasem śmiejącego się Cracka z jakąś ciemnowłosą kobietą ubraną w płaszcz. W zasadzie, była tak skąpo odziana, że można rzec, iż posiadała jedynie płaszcz. Zoey pokręciła głową, a potem bez cienia emocji rzuciła:
 - Jeden mniej.
 - Nie ratujesz go? - zdziwił się Jake.
      Pokręciła głową i zdjęła swoją wełnianą pelerynę.
 - Też muszą coś jeść - odparła, schodząc pod pokład.
      Zeszła niemal na sam dół i wskazała im dwie sąsiadujące ze sobą kajuty. Alex weszła do tej, która miała należeć do niej. Stało tam dwuosobowe łóżko z brudnoczerwonym baldachimem przykryte narzutą tego samego koloru i komoda z ciemnego drewna. Alex niewiele myśląc rzuciła się na łóżko i zasnęła niemal natychmiast. Po przebudzeniu w swoim domu odkryła, że zarywanie nocy we śnie wpływa na jego długość. Była dziewiąta. Na szczęście, w ten piątek mieli odwołane lekcje z jakiegoś tam powodu i należało przybyć jedynie na popołudniową akademię o piętnastej. Święto szkoły czy coś tam.

~~ו*•×~~
       Lu poderwała się z łóżka i spojrzała na zegarek wiszący nad drzwiami. Ósma rano. Nie spała od dobrych piętnastu minut. Ugadała się z Hemmingsem na ósmą. Powiedzą Myrcie. Westchnęła. Wstała i na palcach wyszła z pokoju. Chociaż i tak część domowników nie spała. Myrta na przykład z samego rana poleciała do sklepu.
       Zapukała w sąsiednie drzwi. Otworzył jej Tom. Poprosiła, by zawołał Luke'a. Blondyn wyszedł niemal tak cicho jak ona i zeszli na dół. Usiedli na ganku i w ciszy czekali, aż blondynka wróci. Siedzieli co najmniej godzinę.
     Myrta pojawiła się z siatką wypełnioną ciastkami. Pomachała im wolną ręką z uśmiechem. Oboje jak na gwizdek wstali. Przybrali poważne miny. Spojrzała na nich ze zdziwieniem. Po drugiej stronie ulicy, przy bramie drugiej Frost stała Alex w towarzystwie Caluma i bacznie im się przyglądali. Lu zdecydowała się zacząć, ale Luke jej przerwał.
 - Tak na dobry początek jestem wam winien coś powiedzieć - wziął głęboki wdech. - Mój ojciec chce zostać tu na stałe. Znalazł pracę. Pozostaje mu jeszcze zapisac mnie tu do szkoły.
         Jej uśmiech zniknął. Obie dziewczyny stanęły jak wryte. Myrta poruszała ustami, próbując coś powiedzieć.
 - I jeszcze coś - powiedział blondyn, chyląc głowę.
 - Myrta, my... - zacięła się i spojrzała na Luke'a prosząc o pomoc.
 - Musimy ci coś powiedzieć - westchnął.
     Lu poczuła jak kraja jej się serce. Już widziała tę reakcję na wiadomość. Ale musieli. Luke wskazał Myrcie krzesło. Niechętnie usiadła.
 - Wczoraj, kiedy pojechałaś razem z Tomem i Stevem po te części - zaczął, ale teraz to on potrzebował wsparcia.
 - Luke skończył kosić wcześniej. Ja byłam w kuchni. Gadaliśmy jak zwykle i piliśmy herbatę - przełknęła ślinę i rzuciła przelotne spojrzenie w stronę Alex, która zaplotła ręce na piersiach.
       Myrta uniosła brew i spoglądała to na swojego chłopaka, to na przyjaciółkę.
 - Potem Lu wylała na mnie herbatę - kontynuował blondyn. - Wiesz, jak to ja, postanowiłem ją także ochlapać. Goniliśmy się. Znasz nas, więc wiesz, jak to wyglądało. Tyle że... - głos uwiązł mu w gardle.
 - Tyle że w pewnym momencie - Lu zawiesiła głos i wzięła głęboki oddech. Myrta otworzyła szerzej oczy. Zaczęła się domyślać, ale słowa Lu dobiły jej gwóźdź do trumny: - Prawie się pocałowaliśmy.
     Myrta zamarła mogłaby przysiądz, że stanęło jej serce. Zaszkliły jej się oczy.
 - Alex i Calum na szczęście nam przerwali - dodał Luke. - Mam nadzieję, że kiedyś nam wybaczysz.
      Blondynka załkała. Potrząsnęła głową do swoich myśli. Ukryła twarz w dłoniach. Cała trzęsła się od płaczu. Lu także płakała. Myrta rozpadała się. Kawałek po kawałku. W jednej chwili straciła zaufanie do dwóch najbliższych sobie osób. Gówno ją obchodziło ,,prawie". Zdradzili ją. A ona była bezsilna.
 - C-czy k-k-kiedy już j-ja kogoś p-pokocham, to o-on musi p-prawie m-m-mnie zdradzić z m-moją n-n-najlepsz-szą przy-przyjaciółką? - wymamrotała. - N-nienawidzę w-was!
      Złapała się za usta i poderwała z krzesełka, przewracając je. Potrzebowała samotności. Park. Tak, to najlepsze miejsce, pomyślała. Zbiegła z werandy i wybiegła na ulicę nie patrząc, dokąd biegnie.
       Krzyk.
       Pisk opon.


*Tutaj macie tak o, ja o tych statkach czytałam daawno temu, przy fazie na ,,Piratów z Karaibów", ale wy możecie nie wiedzieć, o co chodzi.
** Jakby ktoś nie wiedział, bo parę osób zrobiło minę w tym stylu: O.O kiedy wymieniłam to słowo ;P
def. z tej strony: http://craiis.org.pl/index.php?topic=2329.0
,,piwiarnia, knajpa, miejsce gdzie można się napić, głównie napić, i zjeść. Tawerna znajdowała się blisko portu"
*** Nie wiedziałam, jak napisać Dżejki :)
~~~~~~~~~~
Koszmarny :/ Wybaczcie, że tyle czekaliście, ale nie mogę się pozbierać po powrocie z urlopu. Ach, co za czas! Nie możesz pisać i nawet nie zastanawiasz się, co napisać!
Początek następnego rozdziału = moja prawdopodobna śmierć.b Nie odpowiadam na pytania dotyczące następnego rozdziału.
Dobra, nie umiem być poważna :P
Lusia :*

sobota, 15 sierpnia 2015

Rozdział 8 ,,Chwila słabości"

Z góry sory za błędy, tablet nie podkreśla, a ja nie słownik :P
A poza tym...
Możecie mnie zabić, hahah XD

* * You look so perfect standing there * *

Oczami Alex...
      Ziewnęłam. Spojrzałam na kalendarz. Osiemnasty lutego, czwartek. Podniosłam swoje cztery litery z łóżka i przetarłam oczy.  Kolejny raz trzeba iść do szkoły. Wystawiłam dolną wargę i zwlokłam się na ziemię. Trzeba było otrząsnąć się z sennych przeżyć i znów zacząć funkcjonować. Jednak... Wampir. Angelika to wampir. I... co ją łączy z NIM? Spróbuję zapytać, kiedy dopłyniemy do tego portu i przesiądziemy się na statek.
 - Co ja gadam - skarciłam się. - Teraz jestem na jawie, nie we śnie.
       W dodatku, o ile się nie mylę, dzisiaj 5 Seconds of Summer mają próbę, a ja czasem z nimi śpiewam. Chciałabym założyć swój zespół...
       Mniejsza z tym. Musiałam iść do szkoły, z czego nie byłam zbyt zadowolona. Moi znajomi z Burgess i z Nowego Jorku idą razem na miasto. Żałuję, że ja nie mogę. Ogarnęłam się i ubrałam. Zeszłam na dół, w przelocie dając mojemu psu wody. Usiadłam i zaczęłam dziobać moje jedzenie, które mama zrobiła przed chwilą, zanim wyszła. Jajecznica. Nie miałam na nią jakiejś szczególnej ochoty. Ledwo wcisnęłam ostatnią porcję, kiedy rozległ się dzwonek do drzwi. Abs, jak zawsze, pierwsza wiedziała, kto to. Zgarnęłam plecak z ziemi i ruszyłam do wyjścia (lub wejścia) do domu. Otworzyłam drzwi i ujrzałam przed sobą ciemnowłosą sylwetkę Caluma.
 - Cześć, Hoodie! - przywitałam się, zamykając zarazem drzwi na klucz.
 - Siema, Hataway - odpowiedział. - Pamiętasz o próbie? - zagadnął.
 - No jasne! Miałabym zapomnieć? - zaśmiałam się.
 - Cami też przyjdzie - poinformował chłopak, poprawiając plecak. - Aha! Nie wiem, czy Luke zaprosił Lu i Myrtę, ale mają się zjawić. Jak nie, to przytargaj je siłą.
 - Jasne - wystawiłam mu język.
 - Nie przeszłabyś się może jutro do kina? - Calum podrapał się po karku.
 - W sensie randka? - uniosłam w rozbawienu brew.
 - Powiedzmy - rzekł wymijająco, po czym dodał: - Przyjacielskie spotkanie.
 - Okay, mój przyjacielu - uśmiechnęłam się, przeciągając ostatnie słowo.
      Lubię go, więc czemu nie? Może nawet coś by z tego wyszło.

~~ו*•×~~
     Garaż w domu Michaela był duży o jasnozielonej barwie. Moim zdaniem zmieściłby trzy przeciętne samochody, gdyby, rzecz jasna, nie stała tam perkusja, mikrofony i gitary. Po podłodze, jak można się było spodziewać, walało się pełno kabli. Calum wskazał nam skrzynie, na których spoczywał mięciutki, puchaty zielony kocyk z piłkami do nożnej. Ja, Lu, Myrta, Cami i Fay usiadłyśmy na skrzyniach.
 - W sobotę gramy w tym barze, gdzie organizowałaś urodziny - powiedział Ashton do Camille, dostrajając swój instrument.
 - Wpadniecie? - zagadnął Luke. Dziewczyny skinęły głowami.
         Blondyn nie miał najlepszego humoru. Nie wiedziałam, dlaczego. Wolałam jednak nie pytać. Zdałam sobie sprawę, że reszta czeka na moje potwierdzenie. Zamrugałam i przytaknęłam.
      Po kilku minutach wszystko było gotowe. Oczywiście najgorzej przeżyliśmy próbę dźwięku. Jak to lubi mówić Fay, masakra! Pierwszą piosenką, którą chłopcy zagrali było zadedykowane Camille Just Saying.  Oczywiście, już od kilku dni dziewczyna jest szczęśliwą singielką. Następnie rozbrzmiały pierwsze dźwięki Good Girl. Pierwszą zwrotkę śpiewał Mike, a Lu zaczęła się śmiać, a potem, aż do końca refrenu niemal płakała ze śmiechu.
      Ash grał na perkusji, Luke, Calum i Mike na gitarach, ale wszyscy spiewali.
[fragment; tekst tłumaczenia, źródło: tekstowo.pl]
Ona jest dobrą dziewczyną, "córeczką tatusia",
Zachowana na Harvard, on wie, że ona to zrobi
Ona jest dobra w szkole, nigdy nie wagaruje
Ona mówi po francusku, myślę, że bardzo biegle 
Bo każdej nocy uczy się ciężko w swoim pokoju
Przynajmniej tak sądzą jej rodzice
Ale wymyka się przez okno, by spotkać się ze swoim chłopakiem
Oto, co mi powiedziała, gdy ich przyłapałem
Powiedziała mi, zapomnij, co myślałeś
Bo dobre dziewczyny to złe dziewczyny,
Które nie zostały przyłapane
Więc po prostu się odwrócić i zapomnij, co widziałeś
Bo dobre dziewczyny to złe dziewczyny,
Które nie zostały przyłapane [...]

     Lu potrząsnęła głową. Spojrzała Luke'owi w oczy i wymierzyła w niego palcem oskarżycielsko.
 - Harry to nie mój chłopak! - zaprzeczyła, a reszta wybuchła niekontrolowanym śmiechem i chwilę trwało, nim się uspokoili.
 - Czyli przyznajesz się do wymykania przez okno? - Ash otarł łzy ze śmiechem.
      Lu już otwierała usta, kiedy Cal zawołał:
 - Teraz Mrs. All American! - zarządził.
      Reszta chłopaków przytaknęła, a Mulat puścił mi oczko. Zaśmiałam się. Chłopaki znów zaczęli grać.
[jak wyżej]
Uwielbiam twój akcent kiedy mówisz cześć
Przeniosłaś się z Nowego Jorku miesiąc temu
Ten minivan, którym jeździsz naprawdę mnie nakręca
I czuję że to jest dobre więc nie może być źle
[...]
Nie tylko sąsiad, och hej tam, będę dzwonił twoim dzwonkiem
Otwórz drzwi, zmarszcz się a ja pocałuję cię dobrze
Moje usta są zamknięte, nie ma nikogo komu chciałbym powiedzieć
Twoje sekrety są moimi, zamknij oczy i sprawię, że się roztopisz [...]
    Na koniec piosenki Cal uśmiechnął się do mnie, a ja postanowiłam to odwzajemnić. Potem było jeszcze Try Hard, zadedykowane po połowie Myrtuni i Fay. Chłopaki powiedzieli, że zwłaszcza pierwszą zwrotkę i refren pisali to dawno, więc teraz to się już trochę nie zgadza. Mimowolnie wychwyciłam, jak Luke spogląda w trakcie spiewania na moją siostrę, która uśmiechała się, wpatrzona w całą czwórkę i wodziła spojrzeniem po każdym z nich. Mnie najbardziej zdziwiło te parę wersów:
[jak wyżej]
[...] Gram na gitarze, a ona leci na perkusistów
Widzi moją twarz w kółko, ale nawet nie zna mojego imienia
Przekułem wargę, żeby myślała, że jestem fajny
Podarłem moje jeansy i uciekałem ze szkoły
Śledziłem ją na mieście, ale teraz myśli, że jestem dziwakiem
 [...]
    Spojrzałam pytająco na Lulette, ale ona równie zdziwiona, jak ja, wzruszyła ramionami. Też nie wiedziała. Serio, blondyn bardzo starał się o pannę Hare. Zaśpiewali jeszcze kilka piosenek, w tym dwie ze mną, co mi się bardzo spodobało.

~~ו*•×~~
     Ja i Hoodie szliśmy w stronę Różanego Domku omawiając szczegóły wyjścia do kina. Mieliśmy iść jutro o siedemnastej. Ma po mnie przyjść. Zaraz po próbie poszliśmy do parku, śmiejąc się i rozmawiając. Powiedział mi, że sam napisał Mrs. All American i że wszystko w tem jest szczere. Wtedy mnie zatkało.
 - M-mówisz poważnie? - zapytałam.
 - Yhym - odpowiedział lekko zmieszany.
 - To...- zaczęłam cicho, a potem uśmiechnęłam się. - To słodkie. Wiesz, lubię cię i brzydki nie jesteś, także... - zaśmiałam się.
 - Czyli kino zostaje jednak randką? - uniósł brew.
 - W twoim mniemaniu chyba od początku nią było - puściłam mu oczko, a on przytaknął ze śmiechem.
      Calum miał przywilej włażenia do domu pani H. bez pukania, więc po prostu wpadliśmy do środka. Wtedy jeszcze nie przypuszczałam, że spadnie na mnie odpowiedzialność trzymania buzi na kłódkę, co także równa się z okłamywaniem, dopuki ktoś nie powie przede mną. Tak czy inaczej, to co zobaczyliśmy sprawiło, że opadły nam szczęki. Stałam jak wryta.
 - O. Mój. Jezu - wydusiłam.
~~ו*•×~~
Nieco wcześniej, dom pani Hemmings...
(Narrator Og.)


    Lu siedziała sama w kuchni. Miała na sobie fiołkową bluzkę na cieniutkich ramiączkach i podziurawione krótkie spodenki. Myrta, Tom i Steve pojechali po części do skutera, za który chłopaki postanowili się zabrać. Luke, chociaż chciał, nie pojechał że względu na koszenie trawy. W ogóle, jakoś dziwnie się zachowywał od rana. Był jakby przybity. Jego babcia zaś powędrowała do spożywczaka, razem z tatą blondyna w roli tragarza. Szatynka popijała właśnie herbatę z cytryną, kiedy usłyszała otwierające się drzwi z łazienki.
 - Co tam, Frost? - zapytał blondyn.
 - Nic - odpowiedziała i wzięła łyk jasnożółtego płynu. - Kiedy ty zdążyłeś się wykąpać? - zapytała, czując, jak kropelki wody skapują jej na ramię. - I w ogóle wejść?
 - A ty wiesz, że dom ma dwa wejścia? - zapytał retorycznie.
       Ze zrozumieniem pokiwała głową. Chłopak zabrał się za robienie herbaty dla siebie. Kiedy skończył oparł się o blat i upił kilka łyków, żeby przypadkiem nie wylać płynu na podłogę.
       Siedzieli w ciszy i na siebie patrzyli. W końcu Lu postanowiła się odezwać.
 - Języka ci w gębie zabrakło, że nic nie mówisz? - uniosła brew.
 - Piję - wskazał wzrokiem na szklankę.
         Lulette parsknęła śmiechem.
 - Ja też - powiedziała, kręcąc szklanką. Zrobiła to jednak tak niefortunnie, że ponad połowa szklanki wylądowała na Luke'u. Niebieskooki wytrzeszczył oczy, po czym uśmiechnął się zawadiacko. Zerwał się z miejsca i zaczął ścigać szatynkę po całym domu. Lu zapiszczała kilka razy. W międzyczasie ściągnął mokrą koszulkę i złapał jakąś inną. Nie zapominajmy, że wciąż trzymał swoją herbatę. Wbiegli do salonu. Zapędził ją w kozi róg, między kanapą a ścianą i powoli, z mściwym uśmieszkiem zbliżał się do niej. Lu parsknęła śmiechem, ale zaraz zorientowała się, że nie da rady uciec.
 - Nie, proszę, nie wylewaj tego na mnie! - zrobiła maślane oczka i złapała go za rękę ze szklanką. - To jedna z moich ulubionych bluzek!
 - A ty na mnie wylałaś - odrzekł przeciągając wyrazy i podchodząc na tyle blisko, że mógł już spokojnie zmoczyć jej głowę.
 - To było przypadkiem - zaprzeczyła. Odłożył szklankę i położył dłoń na ścianie obok jej głowy. Przylgnęła do muru, a on przycisnął się jeszcze bliżej, odgradzając jej drogę ucieczki.
 - Ostatni raz, Lulette Catherine Coriette Frost - rzekł zachrypniętym głosem. Przełknęła ślinę.
      Zagryzł swój koczyk. Uwielbiała, kiedy to robił. Wyglądał wtedy tak... pociągajaco. Tak. To dobre określenie. I to jego umięśnione ciało. W dodatku miał zarumienione policzki. Zapewne przez ten pościg. Wciąż wilgotne blond włosy, które zapomniały, co to grawitacja. Spojrzała w jego lazurowe oczy i uświadomiła sobie, że zaczyna w nich tonąć. Luke patrzył na jej zaciśnięte malinowe wargi, a potem przeniósł wzrok na czekoladowe oczy. Przestała walczyć z pokusą i się jej poddała. Stała przed nim tak blisko, że mógł policzyć wszystkie jej ledwo zauważalne piegi na tej ślicznej bluzce. Zauważył każdy szczegół. Jej wpół zmrużone oczy, ramiączko od fiołkowej bluzki, które opadło niebezpiecznie nisko, włosy zmierzwione podczas ich gonitwy... A mimo to, wyglądała perfekcyjnie.
      Jedna chwila. Moment. Położył jej rękę na biodrze i delikatnie zachaczył o materiał bluzki, unosząc go bardzo powoli. Jej dłoń powędrowała do wilgotnych włosów. Zanim się zorientowała, niemal stykali się twarzami. Z tej odległości czuła jego oddech na policzku i zapragnęła zrobić coś niewłaściwego. Zapominając o bożym świecie przybliżyła twarz i nazbyt szybko poczuła jego wargi oraz zimną, czarną obręcz. Kiedyś zadała sobie pytanie: Ciekawe, jakby się z takim całowało?* Teraz miała okazję się dowiedzieć. Rozchylił usta i przejechał po jej wargach językiem, porosząc o pozwolenie. Już je rozsunęła, kiedy usłyszeli:
 - O. Mój. Jezu - brunekta, ciągnąc Caluma za rękę wyszła z domu.
      Luke otrzasnął się z transu i walnął ręką w czoło, po czym zaczął chodzić w kółko, zakrywając dłońmi twarz. Lu pociekły łzy i uciekła na górę, płacząc coraz mocniej. Zatrzasnęła drzwi.
 - Co ja narobiłam - wychlipiała i rzuciła się na łóżko.
     Jej ramiona trzęsły się od płaczu. Jak mogłam, obwiniała się. Swojej najlepszej przyjaciółce! Nie mogła winić nikogo, prócz siebie. Prawie pocałowała chłopaka swojej najlepszej przyjaciółki! Dlaczego mu uległa? Dlaczego tego chciała? Może jej rozetki na temat uczuć do Luke'a miały jednak jakąś podstawę? Może coś do niego poczuła? Dobrze, że przerwano im na całusie. Prawdopodobnie na samym pocałunku by nie stanęło... to było jak magnez... jak narkotyk. A za razem... zakazany owoc. Jezu, ja niedawno skończyłam piętnaście lat! - przypomniała w myślach. W prawdzie rocznikowo miała szesnaście, ale jest z grudnia. Poza tym, przypomniało jej to o pierwszym i jak na razie jedynym pocałunku. Z Willem. Odruchowo dotknęła swoich pleców. Poruszyła bezgłośnie ustami na kształt ,,przepraszam".
      Usłyszała stukanie.
 - Lu? - Alex weszła do pokoju bez zaproszenia.
       Lu podniosła na nią zapłakane ślepia.
 - Musicie jej powiedzieć - rzekła poważnie, owijając siostrę ramionami. - Długo to trwa?
 - Co? Nie! - zaprzeczyła pospiesznie, dławiąc się łzami. - To... Chwila słabości - wyjaśniła, wtulając się w Alexandrę.
     Z dołu dochodziły głosy Caluma i Luke'a.
 - Ja nie... - już miała powiedzieć, że nie chciała. Ale, kurde, chciała tego bardzo. - Nie powinnam...
 - Powiesz jej jutro. Powiecie razem. Musi wiedzieć - rzekła brunetka z naciskiem na ,,musi". - A jeśli wy nie powiecie, my powiemy - dodała ciszej, dając do zrozumienia, że nie mają wyjścia, bo Myrta i tak się dowie.

*Córka Jacka Frosta, rozdział 7
~~~~~
No hejo! Ledwo znalazłam czas na publikację, bo jest już napisany od kilku dni i tylko go ,,doszlifowałam". Podoba mi się ten rozdział, zwłaszcza fragment z Lukette <3 Widzisz, Lay (muszę nadrobić rozdział, ale cholernie nic mi się nie chce), wszystko może się zmienić... Oczywiście, możecie mnie udusić za głupotę tej dwójki, ale udusicie mnie zapewne dopiero w następnym, więc oszczędzajcie siły :P
     Długo trochę wyszło i rozwarzałam rozbicie na dwa, ale uznałam, że lepiej w jednym. Ostatnio zaczęłam zwracać większą uwagę na opisy i tak jakoś... co do yhkhym to nie zamierzem jak na razie żadnych tego typu scen opisywać, bo... No bo, cholera, mają DOPIERO szesnaście lat (rocznikowo)! A po za tym, ja nie mam osiemnastu lat by pisać o tym, co jest dla osiemnaście plus ;) Jeśli jednak zmieniłabym zdanie odnośnie ich wieku, to byłby tu jedynie wstęp z jednoznacznym zakończeniem.
Lusia :*