piątek, 31 lipca 2015

Rozdział 5 ,,Sen pierwszy"

,,Mów, jak chcesz"

* * Turn around bright eyes * *

Narrator ogólny
   Alex obudziła się. Roztarła oczy, otworzyła je i natychmiast zamknęła, porażona światłem dnia. Znalazła się w dziwnym miejscu. Otaczały ją drzewa i krzewy; czuła zapach wody. Było ciepło, a słońce wskazywało na to, że jest południe.
    Podniosła się z ziemi i otrzepała.
 - Co to ma być? - zapytała samą siebie, przyglądając się staroświeckiej koszuli i czarnym spodniom z tej samej epoki.
   Jej stopy były bose. Rozejrzała się, ale nie zobaczyła wiele poza drzewami i zaroślami. Co teraz, pomyślała. Wzruszyła ramionami do swoich myśli i ruszyła w pierwszym lepszym kierunku. Trudno. Znalazła się na jakimś cholernym pustkowiu. Miała nadzieję, że szybko kogoś znajdzie, bo inaczej będzie tu błądzić latami.
    Zaczepiła się o jakąś kolczastą roślinę, którą zobaczyła pierwszy raz na oczy i podarła nieco bok ubrania, ale nie przejęła się tym. Przy najbliższej okazji zedrę to z siebie i ubiorę w coś normalnego, rzekła w myślach. Szła tak kilka minut, aż poczuła piasek. Uniosła wzrok.
 - Wow - szepnęła do siebie.
    Przed nią wiła się i zakręcała szeroka, czysta i przejrzysta rzeka. Skręciła w lewo, jak poradziła jej intuicja.
    Alex wędrowała chwilę brzegiem wody, w dół rzeki, aż ujrzała coś na kształt miejsca przeznaczonego na ogniska. Ktoś najwyraźniej rozbił tam obozowisko. Dwa długie pnie, które uprzednio rozcięto na pół, stały wokoło drewna, przeznaczonego na ognisko. Rozejrzała się. Na brzegu stała przycumowana niewielka łódź. Alex uśmiechnęła się. Widać ktoś już tutaj jest i może wyjaśni jej, co to za miejsce. Zbliżyła się do jednej z ław. Usłyszała szelest w pobliskich krzakach. Momentalnie odwróciła się w tamtym kierunku. Chłopak, który właśnie stamtąd wychodził, zamarł. Musiała przyznać, że robił całkiem niezłe wrażenie. Miał śniadą cerę i ciemne włosy. Wyraziste brwi świetnie pasowały do ładnych, ciemnych oczu. Dobra, nie owijajmy w bawełnę, pomyślała, jest przystojny. Ubrany był podobnie do niej. Wyglądał na całkiem spoko gościa, ale ile to razy pozory mylą. I tym razem ją zmyliły...
 - A ty kto? - zapytał niezbyt miło, zmierzając w stronę obozowiska.
 - Ja... - zaczęła, totalnie zbita z tropu zimnym tonem chłopaka. - Ja jestem...
 - No, wysil się. Masz tylko jedną okazję do przedstawienia - rzucił bez cienia zainteresowania.
   Zastanowiła się chwilę. Zawsze chciała mieć na imię jak mama, Rose. Podobało jej się jeszcze imię Isabella. Zdecydowała się jednak na to pierwsze. Przecież Rose mam na drugie, usprawiedliwiła się w myślach, więc w sumie nie jest to kłamstwo.
 - Rose - powiedziała w momencie, w którym on usiadł na jednej z ław.
      Zero reakcji. Kompletnie nic. Wypuściła powietrze ze świstem.
 - Co to w ogóle za miejsce? - zapytała, siląc się na miły ton.
 - Świat Snów - odpowiedział tylko i zabrał się struganie w kawałku drewna ostro zakończonym nożem.
 - Acha... - rzekła, nie specjalnie w te słowa wierząc. - Bo, słuchaj, pojawiłam się tu... właściwie nie wiem, jak, ani czemu. Mógłbyś mi to wyjaśnić?
     Cisza. Kompletnie ją zignorował. Westchnęła poirytowana. Wysiliła się na uśmiech i usiadła obok niego. Teatralnym gestem założyła nogę na nogę. Nawet na nią nie spojrzał.
 - Co robisz? - zapytała, zaglądając mu przez ramię.
 - Nie widać? - warknął i rzucił niemal w całości wystruganą harmonijkę na ziemię.
   Wstał, wziął torbę i jakiś kufer. Zaczął tachczyć te rzeczy w kierunku łodzi. Włożył je tam, a następnie, jakby o czymś sobie przypomniał odwrócił się i ruszył w kierunku ciemnowłosej. Bezceremonialnie chwycił ją za lewy nadgarstek i odwrócił wewnętrzną stroną do siebie. Podwinął przy tym nieco jej rękaw.
      Alex spojrzała z zaciekawieniem, a potem podążyła za wzrokiem chłopaka. Dziewięć. Na jej nadgarstku, po prawej stronie zapisana była czarna liczba dziewięć. Puścił jej dłoń i z powrotem wrócił do pakowania się na łódkę.
     Dyskretnie spojrzała na jego lewy nadgarstek. Szlag. Owinięty był wyblakłym, czerwonym materiałem. Wyglądało to na prowizoryczny opatrunek. Wystawał tylko dolny, półokrągły fragment. Więc może to być trójka, piątka, szóstka lub ósemka. Ostatnim, co miała zamiar zrobić, było pytanie go o to. Wkurzało ją nazywanie go per ,,On", więc zmusiła się zadać kolejne pytanie.
 - A ty? Jak się nazywasz?
 - Mów jak chcesz - parsknął.
       Alex poczerwieniała ze złości. Jak można być tak irytującym człowiekiem?! Wzięła kilka głębokich wdechów i wydechów, by się uspokoić. Nie dam mu satysfakcji, postanowiła.
      Obserwowała, jak pakuje pozostałe rzeczy do niewielkiej łódki. Nóż, fajka, jakaś książka, kilka skrawków materiału.
 - Ej... - zaczęła. Jego oczy zwróciły się ku niej. Wow, rekord! - Dokąd płyniesz?
      Mruknął coś pod nosem, a potem odpowiedział:
 - Najpierw do portu, a potem statkiem do Sektora Dziewiątego. Też powinnaś się tam udać.
      Nie no, serio, chyba najdłuższe co powiedział. Alex zamyśliła się na chwilę. Wpadła na pewien pomysł. W prawdzie będzie to niezwykle denerwujące i nie wiedziała, czy jej psychika to wytrzyma, ale na chwile obecną wydawało się to najlepszą z możliwych opcji, jeżeli naprawdę ma się udać do tego... sektora?
     Jeszcze raz rozważyła wszelkie za i przeciw.
 - Mogłabym płynąć z tobą? - ledwo przeszło jej to przez gardło.
     Wytrzeszczył na nią swoje brązowe oczy. Spojrzał na swoją łódkę, a następnie odwrócił plecami do Alex.
 - Niech będzie - powiedział lekceważąco.
     To będzie długa podróż, stwierdziła w myślach. On wsiadł do łodzi, ona też. Zaczął wiosłować w górę rzeki. Chwilę zajęło jej przyzwyczajenie się do  bujania. Jakiś czas później minęli miejsce, w którym wyszła z zarośli. Nie było w nim nic charakterystycznego poza kamieniem, o który niemal się potknęła. Płynęli w ciszy, powoli. Alex, nieprzyzwyczajona do dłuższego nierozmawiania zaciskała wargi.
     Płynęli tak na oko godzinę, kiedy zaczęło grzmieć. W końcu także kropić. Już po pół godziny rozpadało się na dobre. Lało jak z cebra, a pływający środek transportu bujał się na wszystkie strony. Hałas, który wywoływały spadające do rzeki krople ulewy, był nie do zniesienia. Chłopak skierował łódź do brzegu. Krople wody spływały po nich i skapywały na dno. Wyszedł i brodząc po kolana w wodzie wciągnął łódkę na ląd. Gestem nakazał Alex, by wysiadła. Zrobiła to bardzo chętnie. Wystarczy tego huśtania, stwierdziła. Miała też nadzieję, że znajdą jakiś dach, bo była przemoczona do suchej nitki.
      Chłopak jeszcze chwilę mocował się z przemoczonym sznurem, aż wreszcie przywiązał łódź do konara wpół zatopionego drzewa. Potem szybkim krokiem ruszył w głąb lądu. Alex uczyniła to samo. Rozległ się trzask pioruna, a ona podskoczyła. Deszcz ograniczał jej pole widzenia do kilku metrów.
     W końcu zobaczyła jakiś budynek. Drewniana chata z bali ze słomianym dachem. Pobiegli tam i weszli do małej izby. W środku było ciemno, ale Alex dostrzegła zarys mebli. On wziął zapałki z małej półki nad drzwiami i odpalił jedną. Poszedł w głąb pokoju. W jednej chwili mrok rozświetliła wisząca na drucie lampa naftowa. Rozejrzała się. W środku, po prawej stronie znajdowało się wąskie łóżko, po lewej stała stara, rozpadająca się komoda, a obok był mały kominek. Na podłodze leżał dywan, a na przeciwległej ścianie znajdowało się okno. Czuć było stęchliznę.
 - Zostajemy tu na noc - powiedział, grzebiąc w komodzie.
     Wyjął koszulę i spodnie.
 - Jest tylko jedno łóżko - zauważyła Alex.  - W dodatku bardzo wąskie...
 - Zawsze możesz spać na dywanie - rzekł i narzucił skórzany płaszcz, po czym opuścił chatę ze słowami: - Przebież się.
      Alex pokręciła głową z poirytowaniem, po czym prychnęła pod nosem. Nie zamierzam spać na dywanie! Podeszła do komody i wygrzebała z niej jakąś kieckę w kolorze brudnego różu. Nie było tam kompletnie nic innego. Ściągnęła przemoczone rzeczy i rzuciła je na ziemię. Ubrała prostą sukienkę z koła przyozdobioną koronkami. Gdyby miała to coś, co zwała ,,szkieletem poszerzającym" wyglądałaby jak jakaś średniowieczna lady. No, pomijając mokre włosy.
     Akurat, kiedy rozczesywała je palcami, wrócił On, przebrany, ze swoim kufrem wypełnionym różnymi badziewiami. Po za tym, przyniósł drewno. Rzucił je do kominka i odpalił.
       Czekali jakiś czas, aż w izbie zrobi się ciepło, a potem chłopak zgasił kominek i lampę. Następnie położył się na łóżku i przycisnął do ściany tak bardzo, jak tylko się dało.
 - Na co czekasz? - zapytał jej. Zaczekał chwilę. - O, czyli zdecydowałaś się na dy...
 - Nie! - przerwała. - Nie śpię na dywanie.
       Może by nawet spała, gdyby nie fakt, że cały był pokryty pleśnią i niezbyt ładnie pachniał.
      Alex wolnym i niechętnym krokiem poszła w jego stronę i usiadła na wąskim posłaniu. Potem położyła się plecami do niego. Dziwnie się czuła w tej pozycji, więc postanowiła jednak odwrócić się przodem. Kiedy tylko to zrobiła, napotkała spojrzenie błyszczących w ciemności brązowych oczu.
 - Nie patrz się na mnie - fuknęła.
 - Do czegoś mam oczy - odrzekł i nie zanosiło się na to, by miał zamiar je zamknąć.
      Alex westchnęła. Nie cierpię go, pomyślała. Po cholerę chciałam z nim płynąć. 
 - Skąd wiedziałeś o tej chacie? - zapytała.
 - Jezu, czy ty musisz tyle gadać? - odburknął w odpowiedzi. - Znalazłem. Śpij! - dodał i zamknął oczy.
     Zrobiła to samo.

~~ו*•×~~
    Przez jej jeszcze niemal uśpiony umysł przechodziło milion myśli na sekundę. Słyszała jakieś głosy. Zauważyła przed sobą ludzki kształt. Przetarła oczy. Tak, zna go. Czarne włosy, ciemniejsza karnacja i piwne, czy też brązowe oczy.
 - Hej - powiedziała sennie. - Co tu robisz?
 - Nic - wzruszył ramionami Harry. - Wpadłem pogadać. A tak serio, doszły mnie słuchy, że znalazłaś to - uniósł ku górze skórzany woreczek wypełniony piaskiem.
 - Wiesz, co to jest? - od razu się ożywiła. - Wyjaśnisz mi? - zapytała z nadzieją.
 - Owszem, wiem. Ale nie mogę ci wyjaśnić. To nie są moje sprawy. Spytaj innych Podróżników lub pozostałych - odpowiedział.
 - Ale...
 - Nie. Mogę. - Położył nacisk na oba słowa. - Podróżnicy nie mieszają się do spraw Strażników, tak samo jak Strażnicy do spraw Podróżników - odparł stanowczo. Potem dodał już nieco spokojniej: - Jesteś wyjątkowa. Strażniczka i Podróżniczka zarazem. Nie było jeszcze czegoś takiego.
 - A wolno ci tam wejść? - zapytała.
 - Tylko do Sektora Ósmego. Do innych mam zakaz - rzekł niechętnie. - Podobne ustawowe ograniczenia ma Chris i nasz tata.
 - Acha... - westchnęła. - Trzeba to trzymać w tajemnicy? - zapytała.
 - To okropnie ważne - pouczył. - Nikt, nawet Lu, Luke i Myrta. Absolutnie nikt. Jedynie Podróżnicy - obecni czy dawni - i my. Rozumiesz? To bardzo ważne!
 - Rozumiem - przytaknęła.
 - To dobrze - Harry nieco się odprężył. - Masz pozdrowienia od Chrisa. A, pozdrów ode mnie Lu, dawno jej nie widziałem! - zawołał i zniknął.
      Jasne - prychnęła pod nosem. Harry i Lulette zbliżyli się do siebie od czasu Bożego Narodzenia, toteż widywali się nader często.
       Ze świadomością, że już nie da rady usnąć, wstała z łóżka i zapaliła lampkę. Wzięła książkę i zabrała się za czytanie. Była to już ostatnia część jej ulubionej serii. Zatraciła się w czytaniu aż do samego rana.

~~~~~~~~~
Ten nieco dłuższy, chociaż i tak długością na kolana nie powala. Wy, moje gwiazdki, już się zapewne domyślacie, jak szanowny per On ma na imię. Zakładka ,,Fabuła" , z której (Bogu dzięki) ktoś jednak skorzystał ;P (tak Mira, o ciebie chodzi :)), Bohaterowie, czy w zakładce czy w prologu, albo nawet moje gadanie na CF :) Tak więc jego imię brzmi... (można zgadywać :P)
Lubicie go? Jakieś podejrzenia odnośnie numeru? 3, 5, 6, 8?
On do przyjemniaczków nie należy :) Zresztą... jeszcze będzie okazja, byście go poznały XD
Tyle, dzięki wielkie za komentarze,
Widzimy się za kolejne cztery (lub trzy) dni.
Całuski
Lusia :*

poniedziałek, 27 lipca 2015

Rozdział 4 ,,Odkrycie"

* * Look at this photograph
Everytime I do it makes me laugh
* *

Oczami Alex...
   Pod szkołą pożegnałam się z Camille, która idzie w zupełnie innym kierunku, niż ja i niemal jak na skrzydłach ruszyłam w kierunku domu. Wpadłam do środka i tak jak się tego spodziewałam, w domu zastałam państwo Holt i Wild. Oraz Locka. Siedzieli w naszym dużym, jasnym salonie.
 - Dzień dobry! - zawołałam.
 - Witaj, Alex! - powiedział za wszystkich tata Lisy.
 - Miło się widzieć - dodała mama Minnie.
     Przywitałam się też z miniaturką mojej czarnowłosej przyjaciółki, Elinor. Zasiadłam i wraz ze wszystkimi zjadłam obiad. Wypytali mnie o szkołę, o znajomych, jak mi się tu podoba i tak dalej. W wkrótce potem rozpoczął się jakiś film familijny i zasiadając na kanapie zabraliśmy się za jego oglądanie. Z wolna zbliżał się czas kolacji. Moja rodzicielka poszła do kuchni w towarzystwie mam dziewczyn. Wspólnie zajęły się kolacją, na którą składały się nietypowe kanapki.
    Podczas gdy mamy moich przyjaciółek zabrały się za przynoszenie tacek,moja mama rozlewała napoje. Zawołała mnie na chwilę. Kiedy tam dotarłam, zauważyłam zbitą doniczkę z bratkami, które kilka dni temu kupiłyśmy, ale nikomu nie chciało się ich sadzić.
 - Mogłabym cię prosić, żebyś posadziła te kwiatki w ogrodzie za domem? Doniczka się zbiła,więc to już chyba najwyższy czas - powiedziała mama, zbierając jej kawałki z podłogi.
 - Okay - powiedziałam bez entuzjazmu. Nie lubię sadzić, a zwłaszcza, jak w moim domu są przyjaciele, których długo nie widziałam. Ale nie mogę nie pomóc...
 - Weź Locka do pomocy. Zdeklarował się kilka minut temu, że pomorze.
 - Okay - powtórzyłam i wzięłam jednego z kwiatów na ręce. - Lucas!

~~ו*•×~~
       Ogrody były dwa. Mały, na froncie, który był czysty i piękny, pachnący i zadbany, oraz drugi. Od drugiej strony, który był totalnym przeciwieństwem tego pierwszego. Cały ogród za domem był zaniedbany, więc ja i mama dopiero zaczęłyśmy się nim zajmować. Ciągle było tam pełno chwastów i martwych krzaków jeżyn, które wiły się po ziemi i raniły pół-bose stopy w sandałach, więc nauczona tym faktem włożyłam adidasy. Na ziemi obok drzewa leżała jego gruba, przegniła gałąź. Stojąca w centrum ogrodu marmurowa, okrągła atlanta była niczym stojak dla bluszczu i róż. Mimo wszystko ten stary, zniszczony ogród miał w sobie nutkę tajemniczości i jakiś urok. Można było wyobrazić sobie wszystkich ludzi, którzy kiedyś tędy się przechadzali. Tylko dom był odnowiony i w miarę nowoczesny. Ogrodem nie zajmował się nikt, jak dowiedziałam się od starszego sąsiada, pana Harrisona i pani Hemmings, od czasów wiktoriańskich. Przed nami mieszkało tu z pewnością wiele osób, ale ostatnią lokatorką, która postanowiła zamieszkać w małym mieszkaniu na obrzeżach miasta była dawna przyjaciółka naszego sąsiada, Miranda Cooper.
 - No to gdzie je sadzimy? - zapytał brunet.
 - Nie wiem - wzruszyłam ramionami. - Może tam? Będzie mniej roboty.
    Wskazałam na miejsce, w którym było mniej trawy i suchych jeżyn, niedaleko huśtawki i kilku krzewów róży. Przytaknął głową i poszedł po łopatę ostawioną przy furtce. Postawiłam kwiatki na ziemi i poszłam napełnić konewkę na drugi koniec ogrodu. Brunet rozpoczął kopać. Nie potrzebowaliśmy wielkiego dołu, żeby posadzić bratki.
      W pewnej chwili rozległ się głuchy dźwięk, a łopata Locka stawiła opór. Spojrzałam na niego pytająco.
 - Zapewne jakiś kamień - wzruszył ramionami. - Spróbuję się pod nim przekopać.
      Niespełna minutę później zatrzymał łopatę i odłożył na bok.
 - Alex? - po jego głosie uznałam, że to dość ważne, więc szybko ruszyłam w jego stronę z dużą i ciężką zieloną podlewaczką.
 - Co jest? - zapytałam, stawiając ją obok niego.
 - To nie jest kamień - odpowiedział tajemniczo Lock i ruchem głowy kazał mi zajrzeć do dziury.
      Na dnie dołka połyskiwały złote okucia brązowego, drewnianego kufra z rzeźbionym wiekiem. Wymieniliśmy spojrzenia i czym prędzej rozkopaliśmy resztę. Wyjęliśmy średniej wielkości skrzynię. Na wieku widniał napis: Samantha Patel, Piątka.  Lock spróbował podnieść wieko.
 - Zamknięte - fuknął. - Przecież to nie film, nie może być otwarte!
 - Spokojnie - powiedziałam i wskazałam na jedyny element nie będący ani z drewna ani ze złota. - Ten zamek jest zardzewiały - powiedziałam. - Właściwie, rdza zniszczyła go to tego stopnia, że niemal się rozpada.
 - Racja - powiedział.
      Z całej siły kopnął skrzynię, która przewróciła się i otworzyła z odgłosem pękania.
 - Planowałam zrobić to inaczej, ale tak też można - uśmiechnęłam się.
    Do ziszczenia mojego planu potrzebowałabym wygonić na chwilę bruneta i użyć lodu, żeby rozsadzić zamek od środka, ale ten pomysł był mniej ryzykowny.
     Podeszliśmy do niej i z powrotem ustawiliśmy w pozycji stojącej. Otworzyliśmy wieko. W środku, po lewej znajdowały się stare, bardzo stare fotografie. Wszystkie przedstawiały z osobna tych samych dwunastu ludzi. W tym kilka, na której byli oni wszyscy. Sześć kobiet i sześciu mężczyzn.
    Za to po prawej stronie kufra leżał skórzany worek. Lepiej rzec - sakiewka. Wzięłam ją do rąk i otworzyłam. W środku zamigotał złoty piasek, wzięłam go trochę do ręki.
   Zmarszczyłam brwi.
 - W sakiewce jest tylko piasek - rzuciłam ze zdziwieniem.
 - Patrz! - powiedział lock i wskazał na postać na czarno-białym zdjęciu.
    Młoty mężczyzna, może dwadzieścia lat, w jasnej koszuli i berecie stał wraz z dziewczyną o ciemnych kręconych włosach w sukience w kropki, prawdopodobnie niebieskiej lub zielonej, nad brzegiem rzeki. Z niewiadomych przyczyn miejsce na zdjęciu wydało mi się znajome. Mężczyzna też.
 - Tobie też przypomina jeden z brzegów Delaware*? - zapytał.
 - Tak... a ten pan wygląda jak... - urwałam. Nie mogłam sobie przypomnieć, kogo przypomina mi ta postać.
 - Mój pradziadek? - podpowiedział Lock.
    Teraz mnie olśniło. Faktycznie - identyczne zdjęcie widziałam w domu Minnie, kiedy kserowaliśmy zdjęcia na drzewo genealogiczne.
 - Tak, właśnie - odparłam. - Ale jak to możliwe, że jego zdjęcie jest aż tu, prawie na drugim końcu świata?
     Wzięłam od niego fotografię.  Tak jak się spodziewałam, na odwrocie widniały imiona osób ze zdjęcia... i jakieś liczby. Pismo było ukośne i pełne przeróżnych zawiasów. Atrament niemal całkowicie stracił czerń i pozostały po nim tylko nikłe, brązowe ślady. Zmrużyłam oczy, próbując odczytać.
 - Emily Evans (7)  i Vincent Russel (12) - odczytałam na głos. - Jak myślisz, co znaczą te liczby?
    Lock wzruszył ramionami.
 - Na pewno nie ich wiek - rzekł bez cienia zainteresowania. - Pokarzemy to rodzicom, czy będziemy tu tak sterczeć?
 - Jasne, już - odpowiedziałam, podnosząc drugi bok ciężkiej jak cholera skrzyni.

~~ו*•×~~
 - Przykro mi. Nie wiem - powiedziała smutno pani Holt. - Nie znam żadnej Emily i nie przypominam sobie, żeby jakaś była w naszej rodzinie.
    Ja i Lock spuściliśmy głowy. A zatem nie poznają tajemniczej Emilly. Poza nami w moim domu byli też Lu, Luke i Myrta. Tom został ze Stevem z inicjatywy własnej, ponieważ ,,młody" wspomniał, że ma tu kolekcję figurek z... a nawet nie wiem, nie pamiętam. Ellie przysłuchiwała się wszystkiemu z zaciekawieniem. Dla niej, mającej jeszcze osiem lat było to niebywałe odkrycie. Nic jednak nie mówiła, tylko razem z nami oglądała wszystko. Właśnie trzymała zdjęcie przedstawiające Ruperta Granta, z numerem jedenastym.  Nikt nie zainteresował się sakiewką z piaskiem, więc stwierdzili, że mogę ja sobie wziąć. W sumie, to nikt po za mną do niej nie zajrzał. Uwierzyli mi na słowo.
  Podniosłam dwa zdjęcia, Pierwsze przedstawiało ludzi śmiejących się z... Lilly, na którą... zażenowany Vincent wylał wiadro wody. Dziewczyna o jasnych włosach leżała na ziemi i także się śmiała, a Vincent o ciemnych lokach próbował wyciągnąć do niej rękę, żeby pomóc wstać. Mogłam sobie wyobrazić, co się stało. Zapewne celował w na oko dziewięcioletniego chłopca, podajże... Ruperta, a że Lilly przechodziła obok, trafił ją. Wszystkie te zdjęcia pisały jakąś historię. Na niektórych ludzie śmiali się do rozpuku, na innych pozowali, udając wyniosłych, na kolejnych pozostawali poważni.
 - Tu jest wierszyk - powiedziałam, odwracając drugie zdjęcie. Jedno z kilku grupowych, na którym stali ułożeni w trzy grupy.
    Zaczęłam czytać na głos, ciężkie do rozczytania pismo.

,,Podróżnicy"
Statek pierwszy, gdzie płyną cwane lisy:
Cztery i Dziesięć,
Osiem i Dziewięć.
Statek drugi, co zawsze wieść będzie prawych:
Jeden i Dwanaście,
Pięć i Jedenaście. 
Statek trzeci, gdzie sami łgarze mieszkają:
Dwa i Siedem,
Trzy i Sześć.
Jedynka i Szóstka - nienawiść odwieczna.
Dwójka i Piątka - miłość bezpieczna.
Trójka i Dziesiątka - opieką objęta.
Czwórka i Ósemka - zupełnie jak bliźnięta.
Piątka i Jedynka - sojusznicy dość dziwni.
Szóstka i Siódemka - oboje zawsze winni.
Siódemka i dwunastka - koszmary się ziszczą.
Ósemka i Dziewiątka - wzmocnią się czy zniszczą.
Dziewiątka i dwunastka - przyjaźnią zapałają.
Dziesiątka i czwórka - za innych się uznają.
Jedenastka i jedynka - polubi lub nie.
Dwunastka i Dziesiątka - razem, czy dobrze, czy źle.

 - Nie rozumiem, skąd te numerki - Lu pokręciła głową.
 - Ja też - skrzywiłam się. - Ale stąd można wywnioskować, że Pierre i Frederick się nienawidzili.
 - Patrzcie! - zawołała Lissandra. - To moja babcia!
    Całe zgromadzenie poszło w jej kierunku. Wskazywała na małą, może sześcioletnią dziewczynkę. Miała chustkę na głowie i falbaniastą sukienkę. Obok niej stał nieco starszy chłopczyk i nastoletnia dziewczyna. Na odwrocie zdjęcia był napis Denette Armings (8), Frederick King (6) i Lilly Moon (3). Tata Lisy przyjrzał się swojej matce. Potem wszyscy zaczęli rozmawiać na ten temat. Kiedy skończyli, znów zaczęli oglądać stare zdjęcia.
 - Lodovica Pasquarelli (10), Pierre Lacroix (1), Li-cong Ryuugu (9)**, Krystyna Malinowska (4) - czytała na głos Lu, oglądając duże zdjęcie. - Na oko, najmłodsza z nich wszystkich jest twoja babcia - rzuciła Lisie spojrzenie - najstarszy natomiast jest Lucius Verne, którego numer to dwa. Co łączy tyle osób, w tak skrajnie różnym wieku? W dodatku, część nazwisk brzmi nieangielsko, jak na przykład te, które przeczytałam przed chwilą. 
 - Owszem, ciekawe - rzekła Myrta, po chwili namysłu. - Może... może poznali się gdzieś...?
 - Szczerze w to wątpię. - Luke usiadł na podłokietniku kanapy.
 - Za duże odległości - zaprzeczyłam.
 - Sama Samantha mogła mieszkać tutaj, nasz dziadek nie przeprowadzał się nigdy poza obręby Nowego Jorku, zaś babcia Lisy mieszka w Minesocie od... - brunetka spojrzała pytająco na rudą.
 - Drugiego roku życia - powtórzyła dziewczyna.
 - Gdyby nie fakt, że to zdjęcia z około 1980 roku, mogłabym stwierdzić, że poznali się przez internet... - westchnęłam, opadając na fotel.
 - Może to przypadek? Albo jakiś zlot i upamiętniające zdjęcia? - spróbowała Myrta.
    Tego akurat nikt nie mógł zaprzeczyć.
 - Może - potwierdził tata Lisy. - W każdym razie, my już chyba będziemy wracać do hotelu. Robi się późno, a jutro mamy zaplanowane intensywne zwiedzanie do godziny dwunastej.
 - Luke, możecie z waszym tatą i cała ekipą iść z nami - zaproponowała mama Minnie.
 - Chętnie pójdziemy - powiedział blondyn, na co jego dziewczyna uśmiechnęła się szeroko.

~~ו*•×~~
     Było już późno. Leżałam i nie potrafiłam usnąć. W końcu jednak sen wziął mnie w swoje tym razem zdumiewające i dziwne objęcia. Gdybym wtedy wiedziała, co się wydarzy, nigdy bym w to nie uwierzyła...


*[LINK]
**To jest nazwisko azjatyckie (nie wiem już sama, czy japońskie czy chińskie), więc powinno być Ryuugu Li-cong, ponieważ najpierw pisze się nazwisko, a dopiero potem imię.

~~~~~~~~
Tutaj nie mam za dużo do powiedzenia. Nie wiem, czy mi wyszedł, ale mam nadzieję, że wam sie spodobał.
Layla - miłych koloni :)
To by było tyle.
Lusia

piątek, 24 lipca 2015

Rozdział 3 ,,Niespodzianka!"

* * Clap along if you know what happiness is to you
Because I’m happy
* *

Oczami Minnie...

       Ja i mama byłyśmy w kuchni i robiłyśmy gofry i tańczyłyśmy do piosenek Shakiry - ulubionej piosenkarki mamy. Obie ubrane byłyśmy w identyczne, fioletowe fartuszki w żółte kropki.
      Minął już prawie miesiąc od wyjazdu Alex. Tęskniłyśmy za nią. Pisałyśmy i dzwoniłyśmy, ale to nie to samo, co widzieć się i rozmawiać na żywo. Dlatego też ,,Mistrzyni Wszystkich Najlepszych i Najgenialniejszych Pomysłów Wszech Czasów" Lisa, wpadła na bardzo dobry pomysł. Postanowiłyśmy wziąć udział w konkursach organizowanych przez radio, gdzie do wygrania były bilety na rodzinną wycieczkę do wybranego miejsca z opłaconym samolotem i hotelem. Więc...
       Stwierdziliśmy, że może nam się udać. Było kilka dziedzin. Lisa i Lucas postawili na śpiew w duecie, ja na malowanie. No i stało się! Nie wiem, jakim to przecudownym szczęściem się nam udało, ale udało, a to najważniejsze!
      Ja, moja dwójka, nasi rodzice (to jest Lisy i moi) i rodzeństwo jedziemy na wycieczkę do Sydney! Nie mogę się już doczekać! A to już jutro!
 - Minnie! - usłyszałam głos kuzyna, który nawykł już dawno temu do wchodzenia do naszego mieszkania bez pukania.
    Spojrzałam z niemym pytaniem na mamę. Kobieta skinęła głową, nawet nie patrząc w moją stronę (jakby to zrobiła, mogłaby wyjechać bitą śmietaną poza gofr - takie rodzinne szczęście)  i przejęła na chwilę moją robotę. Wyszłam z kuchni, by ujrzeć w przedpokoju jakże roześmianego Lucasa. Jak zwykle miał na sobie pogniecioną koszulę w kratę i czarne dżinsy.
 - Co się szczerzysz? - zapytałam bruneta. - Lisa się z tobą umówiła? - zaśmiałam się.
    Nie było tajemnicą, że mój cioteczny braciszek buja się w rudowłosej Lissandrze Wild. Znaczy, chyba tylko Lis o tym nie wiedziała...
 - Nieee - pokręcił głową.
 - To co? - uniosłam brew.
 - Masz bitą śmietanę na twarzy - zawołał. Przewróciłam oczami. - Tu - wskazał na swój lewy policzek.
     Powędrowałam dłonią na wskazane miejsce i faktycznie znalazłam ją tam. Zgarnęłam bitą śmietanę na palec i zlizałam.
 - Po co przyszedłeś? - kontynuowałam wywiad.
 - Mama pyta, czy nie macie może zapasowej rękawicy kuchennej - powiadomił.
     Lock ze swoją mamą, która jest siostrą bliźniaczką mojej mamy mieszkają w mieszkaniu piętro niżej. My na pierwszym, oni na parterze. Mają też dzięki temu spory ogródek.
 - Mamo? - zawołałam.
 - Tak, kochanie? - odpowiedział mi głos z kuchni.
 - Mamy zapasową rękawicę kuchenną dla cioci Demi? - zapytałam.
     Pełne imię cioci to Demetria, a mojej mamy - Deborah. A więc zawsze były nazywane Debby i Demi. Siostry Laurents. Obecnie: Demetria Clarke i Deborah Holt.
     Moja rodzicielka wyłoniła się z tacką pełną przystrojony owocami gofrów w rękach i kraciastą rękawicą zaczepioną za mały palec. Pośpiesznie wzięłam ją i wcisnęłam w ręce ciotecznego brata.
 - Poczęstuj się. - Mama wysunęła tacę w kierunku Clarke'a, któremu, najzwyczajniej mówiąc, ślinka ciekła.
 - Dziękuję - rzekł, biorąc jednego z góry i znikając za drzwiami wejściowymi. - Do zobaczenia! - rozległ się głos ze schodów, po czym odgłos uderzenia i spadania.
 - Auć! - powiedziałam i zeszłam po schodach do kuzyna
      Z trudem powstrzymałam śmiech, widząc go na parterze, rozmasowującego sobie kość ogonową. Przez szybę w drzwiach do klatki zauważyłam Lissandrę. Pomachałam jej. Już chciała wejść, ale powstrzymałam ją na migi. Musiałam przecież uprzedzić Lucasa, że ktoś zamierza otworzyć drzwi. Inaczej oberwałby w głowę. Chociaż... Po bliższym zastanowieniu: Lisa, wchodź!
 - Lock, wstawaj, torujesz przejście! - powiedziałam, szturchając go butem.
     Byliśmy niemal jak rodzone rodzeństwo. Zatem należało sobie czasem dogryzać. Inaczej nie byłoby zabawy! Mój ciapowaty kuzyn ruszył swoje cztery litery z podłogi i stanął niemal na baczność. Lisa wreszcie mogła spokojnie przejść przez drzwi.
 - Hej! - zawołała.
 - Spakowana? - zapytałam. - Ja tak!
 - Jeszcze kilka rzeczy, ale z grubsza: tak. - Usiadła na pierwszym stopniu schodów i odwiązała błękitną apaszkę.
     Luty tego roku wyjątkowo nas oszczędził; można by stwierdzić, że jest jesień. Dlatego też Lis wzięła tylko beżowy płaszczyk.
 - Już nie mogę się doczekać! - powiedziałam z charakterystycznym u mnie entuzjazmem.
 - Ja też - odezwał się Lock. - Mam tylko nadzieję, że nie eksplodujesz w samolocie.
 - To by było bardzo możliwe! - zaśmiała się ruda.

~~ו*•×~~
Oczami Alex...

 - Niespodzianka! - usłyszałam i uchyliłam powieki. W dodatku rozległo się wesołe szczekanie i skomlenie Absolve.
    Była może piata nad ranem. Rozchyliłam powieki szerzej i przed oczami zamajaczyły mi trzy doskonale znane sylwetki. Natychmiast podniosłam się z łóżka do pozycji siedzącej i z marszu rzuciłam na stojącą najbliżej Lissandrę. Od razu zrobiło mi się ciepło na sercu.
 - Co wy tu robicie? - zapytałam zaskoczona, będąc już teraz w ramionach czarnowłosego.
 - Wygraliśmy bilety na wycieczkę gdziekolwiek chcemy i oto JESTEŚMY! - zawołała Minnie, kiedy ją także ściskałam.
 - Jak ja za wami tęskniłam! Nawet nie wiecie, jak bardzo chcę wrócić do Nowego Jokru i znów być przy was! - wyżaliłam się.
    Byłam zaskoczona, ale mimo wszystko przepełniała mnie radość. Oto są! Moi najbliżsi przyjaciele, na których przez tyle lat mogłam bezustannie liczyć, a od których brutalnie odcięto mnie prawie miesiąc temu. Nie potrafiłam w to uwierzyć! Są tu, są tutaj, w moim domu na drugim końcu świata! Przyjechali tu dla mnie! Mogli wybrać jakiekolwiek miejsce, przecież Minnie zawsze chciała pojechać do Londynu, a Lisa marzyła o pływaniu gondolą w Wenecji. W dodatku ta niby niedługa rozłąka uświadomiła mi, ile tak naprawdę dla mnie znaczą. Zawsze wiedziałam, że są prawdziwymi przyjaciółmi. Nawet zrezygnowali dla mnie ze swoich marzeń...
 - Teraz tu jesteśmy! - zaśmiała się brunetka, przerywając moje rozmyślanie.
 - Na ile przyjechaliście? - zapytałam. Mój głos wciąż ociekał szczęściem.
 - Dwa tygodnie! Pełne dwa tygodnie - odpowiedział mi Lock.
     Nagle mój uśmiech nieco zrzedł.
 - Co jest? - dopytywała się Lisa.
 - No bo jest poniedziałek i muszę iść do szkoły... - powiedziałam marudnym tonem.
      Reszta wybuchnęła śmiechem, a po chwili i ja do nich dołączyłam. Jak dobrze znów mieć ich przy sobie! Ręką dałam im znać, żeby poszli za mną na dół. Zjedliśmy śniadanie, a potem, o pół godziny wcześniej, niż zazwyczaj, poszłam się ubrać. Do szkoły miałam jakieś dziesięć minut, ale chciałam przedstawić moją ekipę siostrze, Myrcie i Luke'owi... no i Tomowi. Udaliśmy się zatem do Różanego Domku.
    Drzwi otworzył nam pan Hemmings i wpuścił do środka. Od progu powitał nas zapach jajecznicy. Cała czwórka siedziała razem z babcią blondyna przy stole i jadła śniadanie.
 - Hej Alex! - zawołał od razu Tom, nawet nie spoglądając w moją stronę, a potem, kiedy spojrzał zawiesił wzrok na Lisie. - A to kto?
 - To moi przyjaciele z Nowego Jorku - powiedziałam, witając się w miedzy czasie z resztą.
 - Cześć! - Lu wysforowała się do przodu. - O ile się nie mylę, to ty jesteś Lisa, a wy to Minnie i Lock?
 - Cześć, nie mylisz się - potwierdziła rudowłosa. - A ty zapewne Lu?
 - Dokładnie! To Luke, to Myrta a to jest Tom - przedstawiła wszystkich po kolei.
        Zapoznali się i zaczęli rozmowę. Ja musiałam iść do szkoły, niestety. W poniedziałek mamy najmniej lekcji w całym tygodniu. Chociaż dziś wyjątkowo, dzięki temu, ze nauczyciel jest chory, mamy o jedną lekcję mniej. Zatem jedynie sześć lekcji. Obiecałam im wracać ze szkoły jak najszybciej.
    Pod moją bramą tradycyjnie czekał Calum. Był zaskoczony tym, że przychodzą z domu pani Hemmings, a nie ze swojego i że jestem w jakimś podejrzanie dobrym humorze. Opowiedziałam mu więc, że odwiedzili mnie Lisa, Minnie i Lock. Powiedział, że koniecznie chce ich poznać, ale nie może dzisiaj. Zaraz po szkole mają trening piłki nożnej na hali sportowej, więc na obecność miejscowego 5 Seconds of Summer nie mogę dzisiaj liczyć. Dowiedziałam się, Fay z kolei poprawia sprawdzian, więc uda jej się przybyć dopiero na piątą.
     Kiedy rozpoczęły się lekcje, po prostu nie mogłam usiedzieć na miejscu. Cały czas myślami byłam przy Lisie, Minnie i Locku. Była matematyka. Przysadzisty nauczyciel, który niemal całkiem wyłysiał, zadał jakieś pytanie do całej klasy. Rzecz jasna, ja nie słyszałam. Spotkało się to z karcącym szturchnięciem przez Camille.
 - Skup się! Odpowiedź to trzysta cztery metry kwadratowe - podsunęła. - A odpowiedź: tak.
   Skinęłam głową i zapisałam szybko wynik w zeszycie. Rzadko kiedy zdarzało mi się nie uważać. Byłam przeważnie wzorową uczennicą.
 - Co z tobą? - zapytała. Ten błysk w jej oku. O Boże...
 - Nic, po prostu Lisa, Minnie i Lock przyjechali - szepnęłam.
 - Serio?! - powiedziała nieco głośniej, niż zamierzała, co spotkało się z karcącym spojrzeniem nauczyciela.
     Skinęłam parokrotnie głową. Potem musiałyśmy zamilknąć. Lekcje dłużyły się niemiłosiernie długo. Nie mogłam doczekać się ich końca i chwili, w której wreszcie udam się do domu i posiedzę ponownie w moim najbliższym gronie.

~~~~~~~~
No ej! Ja się tu staram, a tu co? Tylko Layla kochana skomentowała (i ci bardzo dziękuję :))! Teraz chyba wprowadzę odstępy czterech dni, bo dwa to chyba dla was za duży wyczyn...
No a więc, widzimy się za kolejne cztery dni i mam nadzieję, że będziecie komentować. Można nawet samą buźkę dać ":)" , tyle tylko, żebym wiedziała, ze ktoś to czyta. No i obiecuję, że w następnym rozdziale wreszcie zacznie się coś dziać.

Wasza Lusia :(